Mam kilka słabostek. Jedną z nich jest Paryż. Postrzegam go oczyma turystki i oczyma duszy, bezkrytycznie, mimo, że byłam i widziałam miasto od kilku różnych stron, bynajmniej tych najbardziej znanych i wręcz bałwochwalczo wychwalanych pod niebiosa. Jest w tym mieście coś, co bardziej przyciąga niż odpycha, i już.
O filmie
Midnigt in Paris vs
O północy w Paryżu przeczytałam jedno zdanie w necie i poczułam znajome coś. Magnetyczną ciekawość. Lubię oglądać filmy nie wiedząc recenzji, nie znając fabuły, zaintrygowana. O co poszło? O zestawienie: komedia romantyczna_fantasy_Woody Allen. Postanowiłam na własne oczy zobaczyć i rozstrzygnąć o co chodzi, a i był mi potrzebny dobry powód na urodzinowe wyjście do kina razem z dziećmi.
Chcesz i masz.
Zarezerwowałam bilety, miejscówki, zaprosiłam a zaproszenia zostały przyjęte bez wahania - wszak to urodzinowa impreza i mami sponsoruje, i nawet syn nie mrugnął okiem wiedząc, że zapowiada się bardziej babski film.
We troje wyszliśmy z kina zdumieni sposobem prowadzenia wątku, pomysłem. Bardzo zadowoleni, bo spędziliśmy przyjemnie czas. Rzeczą oczywistą jest, że to sam Paryż podnosi walor filmu: zdjęcia, ujęcia, klimaty, no i w żadnym innym mieście historia, nawet zmodyfikowana, nie przekonałaby nikogo, ba, nie ma żadnych szans.
Przesłanie? Oczywiście! Najważniejsze dla mnie mieści się pomiędzy
wszędzie jest dobrze, gdzie nas nie ma a teraźniejszością.
Co pozostaje po nawałnicy pytań, odpowiedzi, zachcianek, wątpliwości, niepewności i niewiarygodnych doświadczeń? Zwyczajne proste Tu i Teraz przechadzające się w deszczu.
Urzekające!