Pokazywanie postów oznaczonych etykietą movie rendezvous. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą movie rendezvous. Pokaż wszystkie posty

30 sierpnia 2011

30.08 _ Paryż miejscem magicznym jest

...




Mam kilka słabostek. Jedną z nich jest Paryż. Postrzegam go oczyma turystki i oczyma duszy, bezkrytycznie, mimo, że byłam i widziałam miasto od kilku różnych stron, bynajmniej tych najbardziej znanych i wręcz bałwochwalczo wychwalanych pod niebiosa. Jest w tym mieście coś, co bardziej przyciąga niż odpycha, i już.
O filmie Midnigt in Paris vs O północy w Paryżu przeczytałam jedno zdanie w necie i poczułam znajome coś. Magnetyczną ciekawość. Lubię oglądać filmy nie wiedząc recenzji, nie znając fabuły, zaintrygowana. O co poszło? O zestawienie: komedia romantyczna_fantasy_Woody Allen. Postanowiłam na własne oczy zobaczyć i rozstrzygnąć o co chodzi, a i był mi potrzebny dobry powód na urodzinowe wyjście do kina razem z dziećmi.
Chcesz i masz.
Zarezerwowałam bilety, miejscówki, zaprosiłam a zaproszenia zostały przyjęte bez wahania - wszak to urodzinowa impreza i mami sponsoruje, i nawet syn nie mrugnął okiem wiedząc, że zapowiada się bardziej babski film.
We troje wyszliśmy z kina zdumieni sposobem prowadzenia wątku, pomysłem. Bardzo zadowoleni, bo spędziliśmy przyjemnie czas. Rzeczą oczywistą jest, że to sam Paryż podnosi walor filmu: zdjęcia, ujęcia, klimaty, no i w żadnym innym mieście historia, nawet zmodyfikowana, nie przekonałaby nikogo, ba, nie ma żadnych szans.
Przesłanie? Oczywiście! Najważniejsze dla mnie mieści się pomiędzy wszędzie jest dobrze, gdzie nas nie ma a teraźniejszością.
Co pozostaje po nawałnicy pytań, odpowiedzi, zachcianek, wątpliwości, niepewności i niewiarygodnych doświadczeń? Zwyczajne proste Tu i Teraz przechadzające się w deszczu.
Urzekające!







Dodam, że jeśli ktoś ma ochotę na ambitny film to sugeruję inne produkcje Allena, a jeśli ktoś chce poczuć się po prostu dobrze, bez nadęcia i intelektualizmu pobawić się swoimi emocjami, radością oglądania urokliwych miejsc, ciekawie ubranych i odegranych postaci, zabawnych sytuacji, zasłuchać muzę i zanurzyć się w niecodzienne klimaty, to polecam bardzo.
Amen.




17 kwietnia 2011

zakochać się w niemożliwym

...

Przeczytałam, że film 'Pod słońcem Toskanii' to klasyka inspirująca nie tylko kobiety na rozdrożach życia, ale i miłośników podróży kochających włoskie słońce, melodyjny język, rozkoszne potrawy i przystojnych wyluzowanych Włochów. Obejrzałam dawno temu, a dziś trafiłam przypadkiem i przypomniałam sobie, że podoba mi się z kilku powodów.


Jak często wchodzi do naszego pokoju wąż? Częściej zdarzają się nam historie, które sprawiają że modlimy się o to, by nie obudzić się następnego dnia, żeby nie roztrząsać, nie włączać analizatora, wysłuchiwać komentarzy wewnętrznego krytyka. Są takie momenty które uporczywie powracają, pukają i przypominają o żalu, o smutku, o bólu. Uczucia, których nie potrafiliśmy zaakceptować, które zepchnęliśmy do niepamięci, od których uciekliśmy daleko, potrafią zaskoczyć nagłą silną aktywacją "jestem! ta dam!!!" One potrzebują naszego uznania jako nierozerwalnej części procesu życia, żeby rozpłynąć się we wszechświecie. Czy to kwestia wybaczenia i przyjęcia wielkości Losu dla zbudowania w sobie fundamentów do nowego etapu życia i uchylenia drzwi dla miłości? Takie skojarzenia wykluwają się podczas projekcji i po jej zakończeniu, kiedy zamyślam się i rozsmakowuję w ciepłym owocowym deserze.

Tak, zgadzam się z Katherine, że żal to przeszłość, która okalecza w teraźniejszości. Bardzo mądre są tradycje żałoby, które trwają przez określony czas, po którego zakończeniu, w ramach odpowiedzialności za dar istnienia, mamy obowiązek wobec świata wrócić do żywych i zaangażować się w życie na całego. Kiedy mija potrzebna porcja czasu, trzeba otworzyć szampana i wznieść toast. Uczcić życie w jego nowych przejawach i kolejnych tajemnicach do odkrywania. Spotkać po drodze Marcello, zaprzyjaźnić się z Panem Martini, i zatrzymać się z Edem.

Trzeba żyć kuliście, w różnych kierunkach, poddać się nieznanemu, iść za głosem intuicji, i choćby nie wiem co się wydarzyło, zachować dziecięcy entuzjazm oraz dziecięcą niewinność, wówczas spełniają się marzenia, mimochodem, bo kiedy trafia się coś dobrego, trzeba to chwytać i wypuścić we właściwym czasie. Zawsze coś się dzieje i zmiana jest nieunikniona, dlatego zanurzenie w Tu i teraz jest bezcenne.

A dom? No cóż. Niewyczerpane są jego znaczenie i sens. Miłość, schronienie, rodzina, kwiaty i kącik barowy w ogrodzie, zapach chleba i miauczący kot. Dom to oswojone miejsce na ziemi.

Recepta na najlepsze Nowe? Zakochać się w niemożliwym i zaufać.


Film oparty na autobiograficznej powieści Frances Mayes. Urokliwy obrazami, roztrzepany wątkami, zostawiający miłe, ba, nawet ciut przesłodzone wrażenie. Kto nie lubi jednej łyżeczki słodkości więcej? Hmmm...? Notabene, Francis miała duże szczęście trafić na solidną ekipę Polaków do przeprowadzenia remontu. To rzadkość, szczególnie w naszym pięknym kraju. Obecność w filmie profesora literatury wiele mówi o kondycji elity intelektualnej, co jest odrębnym tematem na pojutrze.

Zwiastun pod obrazkiem :)

Dobranoc!

foto Google

10 kwietnia 2011

espresso ze szczyptą chili dla Wojownika


...

Ciągle o czymś śnię. Czasami się spełnia.



Historia Wojownika zaczyna się o trzeciej nad ranem. Ten sen był nieprzyjemny. Strzaskana noga i facet w dwóch różnych butach zbierający miotłą kawałki kości. Te same buty dostrzega u obsługującego na stacji benzynowej, gdzie robi nocne zakupy. Od niego usłyszy zaskakujące pytania: jesteś szczęśliwy? a co zrobisz, jeśli się nie zakwalifikujesz do olimpiady?, i stwierdzenie, że nadal śni, jada niechlujnie, na dodatek otrzymuje imię Kret od Kretyna.
Kret (Scott Mechlowicz) zostaje uczniem Sokratesa (Nick Nolte) i uczy się oddzielać wiedzę od mądrości. Oczyszcza umysł z zachwaszczonych myśli i skoncentrowany na ruchu zaskakuje trenera umiejętnościami. Ego nadęło się jak balon i wiedzie prym w zarządzaniu. Pędzi za szczytnym celem i irytuje się, że czyści kibel i nic z tego nie ma, prócz pogłębiającego się zmęczenia. Jeszcze nie rozumie lekcji, więc wkurzony ucieka ponownie w alkohol i seks.



Wewnętrzna walka. Napieranie. Lekceważenie. Upór. Arogancja. Potrzeba kontroli i szybkich efektów. Pośpiech. Wypadek.

- Co wiem, co robić?
- Pierwsze odkrycie Wojownika.
- Jakie?
- Niewiedza.
- Co robić, jeśli nie mogę tego, do czego się narodziłem?
- Wszystko ma swój cel, nawet to. Od ciebie zależy, czy go znajdziesz.



Danny, zdolny student i gimnastyk, po symbolicznym śnie rozstania z egotyczną częścią siebie szuka odpowiedzi w sobie samym i systematycznie trenuje na przyrządach przygotowanych przez Sokratesa, żeby wrócić do formy. Wierzy, że zdąży na ostateczne kwalifikacje. Zonk! Lekarze i trener są innego zdania. Zostaje poczucie odrzucenia i gorzkie rozczarowanie. Podczas wycieczki w góry przekona się, ba, zrozumie, że to wędrówka daje szczęście, a nie jej cel. Wygląda na to, że dotarł na szczyt nie tylko okolicznego wzgórza, ale i do sedna procesu przemiany swojego życia - porozumienia ze sobą samym. I już wie, co chce zrobić.


Ostatnia olimpijska scena. Ruch dla samego ruchu.

Gdzie jesteś Dan?
Tutaj.

W jakiej chwili?
Teraz.
Czym jesteś?

Chwilą obecną.



Tytuł posta opisuje wczesne niedzielne przedpołudnie. Po śniadaniu: jeszcze pachnący chleb z masłem ziołowym, i gorącej lawendowej kąpieli, przygotowałam kawę z dodatkiem chili i włączyłam film. Płytka z kilkoma ulubionymi obrazami zakurzyła się nieco.
Peaceful Warrior ... łatwiej go obejrzeć niż opowiedzieć. Każdy fragment niesie w sobie głęboką mądrość i inspirację, a całość jest historią wewnętrznego dojrzewania do pasjonującego, świadomego życia.
Perfekcja? Możliwa perfekcja wiąże się z wrażliwością i odwagą, z systematycznym treningiem i poddaniem w sensie wsłuchania, oddania, zaangażowania, wiąże się z radością płynącą z podążania za pasją. Odkryć miłość w tym, co się robi, to być obecnym w tym w każdej chwili, zanurzonym na całego w tu i teraz.

Aha! Jest jeszcze miękki i subtelnie poprowadzony wątek romantyczny. Widziałbym nas razem. Ciebie i mnie - w przedostatniej scenie woła Dan do Joy. I nadal są razem.
Historia oparta na faktach, a scenariusz filmu na książce Dana Millmana The way of the peaceful warrior.




Życzę przyjemności z odkrywania smaczków dla siebie.


13 lutego 2011

mam głos

...

o 1.08 a.m. wróciliśmy z kina. Ostatni seans jawi się jako nocny, dziś szczególnie magiczny. Kaja cały dzień spędziła na olimpiadzie geograficznej, Oskar wyjeżdża za 4 godziny, i zostały nam do wyboru: ostatni autobus do Cinema i droga powrotna pieszo pod niebem pełnym gwiazd i pierwszą kwadrą Księżyca. Chłodne powietrze, przyjemny delikatny wietrzyk i gadulec we troje.


Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. Nie pamiętam, kiedy czułam się w ten sposób oszołomiona prostotą opowieści, bo, jak podsumował Oskar, wątek jest prawie nijaki, ba, kiedy o nim opowiedzieć to wydaje się wręcz nudny. A jednak twórcy znaleźli klucz - pomysł, żeby proces uzdrawiania wewnętrznego, co w warstwie zewnętrznej sprowadza się do wyprowadzenie księcia i króla z wady wymowy "jąkania", pokazać w przekonujący, interesujący sposób, tak, że ani na chwilę nie odrywamy się do pudełka z popcornem.
Tym razem nie byłby potrzebny.


Zwykle, zanim wybiorę się na film do kina, to pragnę usłyszeć choć jeden argument, który mnie zaintryguje. Dzieci wymieniały litanię nominacji, a ja szukałam czegoś innego. Znalazłam! Film produkcji brytyjsko-australijskiej zapowiada ciekawe rozwiązania i emocje, a wątek zakorzeniony w rodzinie królewskiej i jej wpływu na sytuację kraju w momencie wybuchu wojny może dodać smaczku.


Nie spodziewałam się fenomenalnej kreacji jednego z moich ulubionych brytyjskich aktorów Colina Firth w towarzystwie ortodoksyjnego logopedy, czerstwego i zdecydowanego Australijczyka, którego wiara we własne doświadczenie i w człowieka czynią cuda i rozbrajają wszelkie wewnętrzne blokady.
Obraz pouczający z poczuciem humoru i głębią wyrazu. Zdumiewająco prosty.
Wyrafinowane brytyjskie kino z domieszką australijskiej lekkości i nie-powagi. Dla mnie uczta z pięciu dań i wybornym deserem. Bez popcornu i coca coli z dwójką fantastycznych dzieciaków.

Polecam bardzo.

10 października 2010

ogniste popołudnie, a wieczór w Weronie

.


Zasadziłam kilka lat temu
czerwone
pomarańczowe
i żółte


Rosną po zachodniej stronie i tworzą kolorową ścianę złożoną z kuleczek, która malowniczo kontrastuje z bielą śniegu.


Złapałam je dziś w olśniewającym słońcu.


Post factum:

Jak smakują brioszki z brzoskwinią? Bardzo!
Jak smakuje chlebek żytnio-orkiszowy z dodatkiem mąki gryczanej i owsianej? Pyszny!
A szarlotka, która dojrzewa w piekarniku? Zapraszam do herbaciarni, gdzie od jutra podają dziewczyny świeżutką, na gorąco, z lodami i z bitą śmietaną :)

Wydarzył się weekend pod znakiem pieczenia. Frajda niesłychana, wzięło mnie tym razem, na całego!

A na koniec dnia zafundowałyśmy sobie filmowy deser. Kaja mnie zaskoczyła, bo nie spodziewałam się podróży do Włoch, do Werony (Verony). Było to, co bardzo lubię: kolory, krajobrazy, dialogi przetykane włoskimi słowami, klimat, i dziś moje oko z przyjemnością oglądało sukienki. Uwielbiam sposób ubierania się przez Włoszki: lekko, swobodnie i subtelnie zarazem. Bardzo, bardzo kobieco.
I piosenka Colbie Caillat. Polubiłam tę dziewczynę dzięki Bubbly. Tak, tak, świat skojarzeń czasem bywa bardzo przyjemny. I ten film aktywuje najlepsze uczucia i uśmiech od ucha do ucha. Polecam go jak lampkę półwytrawnego, czerwonego wina z tych samych okolic - da Soave, per favore! Salute!





Dobranoc!

2 października 2010

attraversiamo

.

utrata równowagi w miłości jest częścią życia w równowadze
zasłyszane


Sobota. Wybrałyśmy się z Kają na film. Pieszo, żeby posmakować słoneczny październikowy dzień. Podstawową motywacją była ciekawość, jak można tego rodzaju literaturę przełożyć na kinowy obraz. Z uśmiechem i dystansem oglądałam to, co przeżyłam na wskroś podczas lektury, bo okazuje się, że pamiętam klimaty, dylematy i całe zdania. Tak jakoś wyszło, że znajome kody zazębiły się i wplotły w wyobraźnię i ożyły, po raz pierwszy w styczniu 2008 roku, i w ostatnich dniach, kiedy zainspirowana premierą filmu sięgnęłam po książkę po raz drugi.
Rzym, Indie, Bali - są dla mnie jak magnes od wielu lat.



Rzym polubiłam sto lat temu, polubiłam bardzo, bo w nim odnalazłam kawałeczek siebie. Z radością myślę o powrocie i spacerach cichymi uliczkami i o espresso i trajkotaniu po włosku i słuchaniu rozmów w tym śpiewnym, miękkim języku.

Indie... czuję, że ich odpowiednikiem jest mój ogród, stary las, wczesne poranki, nocne przebudzenia. Marzę, by tam pojechać, żeby poczuć i zobaczyć, jak to jest naprawdę. Czy do aśramy, czy w góry, czy klucząc pomiędzy straganami? I tu i tam. Wszak to ta sama przestrzeń, w której można spotkać się ze sobą, z boskością życia.


Bali... Kojarzy mi się z odpoczynkiem i najprostszym pięknem obecnym pośród bujnej roślinności. Symboliczne słowa: już czas. Delikatnie, subtelnie, tak, dokładnie tak czuję głęboki oddech ulgi znalezienia się w centrum własnej ciszy. I jeszcze Coś...

Co znaczy czuć się dobrze ze sobą, być sobą?
Jak wybaczyć sobie decyzje, które zraniły duszę własną i drugiego człowieka?
Jak mądrze przejść przez rozstanie, rozwód?
Jak pożegnać byłego partnera, męża, żonę, rozwiązać przywiązanie, uwolnić się od lęku przed samotnością?
Jak przyjąć niechciane emocje, myśli, i je ugościć w przestrzeni swojego serca?
Jak przetransformować, żal, złość, ból w porcję zrozumienia i miłości, jaką przesyłam w odpowiedzi na wspomnienie minionego związku?
Jak otworzyć się na czułość, miłość - dar drugiego człowieka, na nowy związek?

Zaproszenie
Deklaracja
Prośba

Attraversiamo

Przejdźmy na drugą stronę



Jedz Módl się Kochaj obejrzałam z przyjemnością. Znakomite zdjęcia i ładnie dobrana muza. Film jest malowniczą ilustracją książki, interpretacją, i to, czego w nim nie było, zawsze w niej znajdę. Bo zaczytanie można powtórzyć i za każdym razem jest ciut inne, bogatsze i głębsze.






Polecam i film i książkę - drogowskazy do ciekawej przygody odnajdywania nie tylko siebie.

2 września 2010

Zmierzch po zmierzchu

...

Sama siebie zaskakuje i zadziwiam. Znienacka, nieoczekiwanie zanurzyłam się z ogromną przyjemnością w filmach z cyklu: saga Zmierzch. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to do mnie przyszło i z jakiego powodu, ani w jakich okolicznościach. Było lato gorące i prawdopodobnie podczas oglądactwa Kai coś mnie zatrzymało i pewnego popołudnia poczułam, że chce posłuchać muzy, co brzęczy mi w uszach. Poklikałam na you tubie, gdzie spotkałam Debussiego w interpretacji Yiruma i wyklikałam premierę na HBO. Obejrzałam i poprosiłam o więcej. Otrzymałam Twilight i New Moon na domowym pendrivie, gdzie zaglądam od czasu do czasu, a wczoraj Kaja do gorącej czekolady dorzuciła specjalny prezent: mami, mam dla Ciebie niespodziankę; zauważyłam, że polubiłaś ten film i ściągnęłam dla Ciebie "Eclipse".

Z książką wydarzało się anegdotycznie. Pamiętam, że ponad rok temu była bardzo modna, słyszałam emocjonalne recenzje. Koleżanka pożyczyła mi pierwszą część, żebym się trochę 'rozerwała', bo grzechu zaczytania warta. Dzieci przeczytały wszystkie części i stwierdziły - może być. Książka wypożyczona w styczniu przemówiła do mnie 2 tygodnie temu i mówiła przez jedno popołudnie, wieczór, do drugiej w nocy. Film ma w sobie dynamikę, książka wydaje się być nie najlepiej przetłumaczona. Mam przeczucie, że oryginał ma się lepiej. Może się skuszę.


Obraz, gdzie dźwięki, krajobrazy, przestrzeń... Mnóstwo drobiazgów zatrzymuje mnie w nim, sprawiają, że przy nich się uśmiecham. Pojedyncze zdania... prosty, niemal banalny przekaz. Dużo ciszy jest w tych filmach. Tak, zdecydowanie, cisza między słowami i natura ujmują mnie.

1 sierpnia 2010

jawa we śnie i wibrujący bączek

.

Fajny film dzisiaj widziałam i świetnie się bawiłam! Lekko i przyjemnie, bo:
jest jak zabawa w budowanie zamku z klocków, a potem jego burzenie, w odwróconej perspektywie lustra,
jak Nietzscheańska gra w kości na niebiańskim stole,
jak gra w domino, kiedy się kostki przewracają się w jedną i w drugą stronę, od początku, którego nikt nie pamięta, i bez końca.

Czym jest świadomość?
Jakie są możliwości umysłu na poziomie świadomości, a jakie możliwości stoją przed nim w przestrzeni nieświadomości?
Czym jest los? Hmmm... Wygląda na to, że świadomą grą umysłu i emocji w przestrzeni kolejno uświadamianych sobie pokładów nieświadomości i kreatywnej wyobraźni na każdym z poziomów wyobrażania sobie i odczuwania;
snem w śnie śniącego, który śni swój kolejny sen;
czymś więcej?

To naprawdę niezła zabawa!!!

Zadanie głównego bohatera: zaszczepić ideę, zasiać ziarenko w umyśle tak, by owo ziarenko zamieniło się w naczelne przekonanie decydujące o jakości rzeczywistości. Na głębokich poziomach śnienia owo ziarenko zostaje zasiane przez zaktywowanie określonej emocji, która jest jak słońce i woda dla wykreowania świata możliwego.
Że to możliwe, przekonamy się dwukrotnie w trakcie projekcji, że to fascynujący temat, nie tylko kinowy, przekonamy się dumając jeszcze długo po ostatnich napisach z listy płac, i rozprawiając przy lampce wina.


Incepcja (Inception) - to seria intrygujących pytań i barwna opowieść, jako jedna z paradoksalnych odpowiedzi.

Co mnie urzekło? Gra mojego własnego umysłu, kiedy to zakręcił się jak bąk podczas odsłaniania poziomów snów i ich wzajemnego przenikania. I jakież było moje zaskoczenie, że zapomniałam, iż na samym początku głównej akcji był prywatny samolot.

... i jeszcze to, co kobieta lubi najbardziej: smakowita wisieńka na pysznym ciacho, czyli w ostatnim kadrze wibrujący metalowy bączek.

Ps.
Muza... umknęła mi nieco, ale od tego mamy you tube i autorskie witryny. Można powtórzyć, wsłuchać się po wielekroć:




16 lipca 2010

co jeśli

.


Mężczyzna w pogoni za spokojem, uciekając od aktywujących poczucie winy wspomnień, postanowił zadośćuczynić wszechświatowi chwilę nieuwagi. W jakże pokrętny sposób! Oddając innym to, co najcenniejsze w ziemskim wymiarze istnienia, swoje ciało, oddając życie. Plan niemal szatański, realizowany precyzyjnie, jak na fenomenalnego inżyniera przystało.


Film niezwykły. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, porwał, zadziwił. Za pierwszym razem nie zrozumiałam, nieuważnie patrzyłam, dopiero w połowie zaintrygował mnie dom przy plaży, i powtórzyłam projekcję kilkukrotnie, odkrywając kolejne 'smaczki'. Co w obrazie szczególnego? Idea, pomysł realizacji i mnóstwo drobiazgów. Wśród drobiazgów ów cudnie położony dom, śmiercionośna meduza, łososiowa koszulka polo, bestyjna maszyna drukarska, oczy, pytanie"co jeśli?", ... Wybudza ze snu oczywistości do życia, do zamyślenia, do uśmiechu wdzięczności, i do wielu pytań.
Foto: filmweb

5 kwietnia 2010

sześć rzeczy niemożliwych

.


W czasie kryzysu przemiany, poszukiwania odpowiedzi, ludzki umysł jest zdezorientowany, jest zagubiony, albowiem mętlik emocji i myśli nie poddaje się racjonalizacji. Wówczas pozostaje nam jedno cudowne narzędzie: wyobraźnia, a dzięki niej kontakt z intuicją. Wówczas dzieją się wewnątrz naszego serca, duszy, osobiste przetasowania, wobec których można przyjąć postawę ciekawości i zaufania w sens tego, co się wydarza. Wówczas udajemy się w podróż pełną przygód. Co pomaga i wspiera? Postawa, jaką zaprezentował ojciec Alicji: dobrze jest jeszcze przed śniadaniem pomyśleć sześć rzeczy niemożliwych.


Wczoraj, późnym wieczorem wybraliśmy się we troje do kina. Miałam ogromną ochotę na wspólne 'coś dobrego' na dużym ekranie i wypadło na Alicję w Krainie Czarów. Po obejrzeniu kilku zwiastunów z polskim dubbingiem zniechęciłam się deczko, ale... Kaja przypomniała mi że ostatni seans jest z napisami. Zwyciężyła ciekawość interpretacji oraz wersja w trójwymiarze.

Warto było! Ostatnie seanse mają swój czar. Nawet Szalony Kapelusznik obronił się, mimo, że Johnny Depp nie przekonał mnie podczas pierwszego spotkania, ba, zirytował przerysowaną formułą niepoważności.



Tim Burton w swoim filmie ledwie dotyka istoty opowieści o Alicji i barwnie zachęca do podróży w świat książki. Klarownie przedstawia tajemnice wewnętrznej przemiany, głębię wyobraźni i niejednoznaczność życia. Tak, tak, to jeno liźnięcie opowieści Lewisa Carrolla, ale jakie miłe dla oka. Przy okazji warto przyjrzeć się postaciom zwierząt i ich symbolicznym zachowaniom, a także znanej z wewnętrznych rozterek dwuznaczności bliźniaków.

Oto Alicja - zapraszam z radością kolejnego odkrycia odrobiny piękna stworzenia.

Biały Królik, Suseł, Dodo, Tweedledee i Tweedledum


Pan Gąsienica czyli finałowy Motyl

29 marca 2010

w króliczej norze


Na początku była Pustka...


... w króliczej norze pełnej tajemnic można się zagubić...


Zanim pojawi się na mojej półce książka pod tym samym tytułem, płyta z muzyką, (złożyłam zamówienie do Wszechświata: )) zapraszam na film, przy którym czuję się jak odkrywca tajemnicy życia, odkrywca odpowiedzi na wiele pytań, odkrywca znajomych przeczuć, intuicji, film, który zamieszkał na moim twardym dysku 18 miesięcy temu i wracam do niego czasami i za każdym razem czuję świeży powiew, jak morska bryza podczas zapatrzenia w horyzont.

21 marca 2010

bogowie życia

.

Welcome to the underworld...

Najnowszy film Chrisa Columbusa to bardzo przyjemna powtórka z mitologii greckiej. Gwiazdorska obsada i znakomite efekty specjalne. Miejsce akcji: USA, Hades, Olimp. Zabawne, kolorowe, ciepłe. Warto zobaczyć, bo to jeden z tych na pozór lekkich filmów, które mają przemycone podprogowo symboliczne treści i ich znaczenia.
Usypiający świadomość smak ciasteczek lotosu, względność wartości pieniądza w otchłaniach Hadesu, głęboki charakter więzi miedzy dzieckiem a rodzicem, szczególnie między ojcem a synem, matką a córką, więzi, w których kryje się źródło ogromnej mocy.
*
Film przypomniał mi, po pierwsze, niezwykłą podróż samochodową do Grecji (magiczne miejsce, które pokochałam zanim zobaczyłam), po drugie, że Mitologia to nie tylko zbiór opowiastek o pokrętnych czynach bogów, a nade wszystko kopalnia wieloznaczności ludzkiego życia.
I przyszła mi też olśniewająca oczywistością myśl, że dla dziecka rodzice są jak bogowie. Dziecko dorastając zmienia często swoją perspektywę, zaczyna porównywać i oceniać, przestawiać hierarchię i komplikować, ale w głębi duszy rodzice, zawsze i na zawsze, zajmują w naszych sercach najważniejsze miejsca. Po prostu są tak ważni, jak bogowie na Olimpie. Warto przy tej okazji przypomnieć sobie, że prawie każdy z nas z czasem znajdzie tam swoje miejsce. To jest dopiero coś!

:)

Zapraszam na film.


P.s.
Motywem przewodnim jest uwolnienie matki z rąk boga podziemi.
Hmmm...
Zawsze przychodzi taki moment w życiu człowieka, że, aby znaleźć, odkryć, odsłonić, ocalić najcenniejszą dla siebie rzecz, miłość, potrzebuje on zanurzyć się w głębokich ciemnościach pozorów i cieni, zbliżyć się do pustki, do tego, co nosi znamiona przemijania, śmierci. Przejście z jednego wymiaru życia do drugiego nazywam na swój własny użytek dojrzewalnią, procesem odkrywania wewnętrznej mocy.
Konsekwencja wplotu w naturalny cykl życia.


Kochani - spokojnej nocy.

Foto: theiapolis
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...