30 listopada 2009

kalendarz gotowy

...

I to niejeden. Wyjaśniam, że mam na myśli kalendarz adwentowy odliczający dni do Świąt Bożego Narodzenia, świąt, które zakorzenione są w wielokulturowych tradycjach obchodów przesilenia zimowego.
Kalendarze adwentowe są różne i różniaste. Te najprostsze przynieśliśmy wprost ze sklepu. Dzieci nadal je lubią. Wybrały co chciały,
z pewnym przymrużeniem oka: tym razem produkt z Południowej Walii z obrazkami z filmowej epoki lodowcowej dla Oskara i kociakowej Kitty dla Kai. Codziennie na dzień dobry mała mleczno-kształtna czekoladka. Rozkoszna zabawa, jak w minionych latach dzieciństwa, najprostsza przyjemność pod słońcem.


Ciekawszą formą jest kalendarz zrobiony z tkaniny filcowej: 24 papucie w kształcie mikołajków, do których codziennie późnym wieczorem wkładać będę drobiazg. Zanurkowałam w pudła świąteczne na strychu i znalazłam kolorowy zestaw z cyferkami i rozwiesiłam przy kominku. Jutro, w pierwszym papciuchu, będą łakocie, a na kolejne dni to, co mi moja wyobraźnia podpowie.


Jest jeszcze trzeci kalendarz adwentowy: wspólne czytanie opowieści Gaardera "Tajemnica Bożego Narodzenia". Przygoda wędrowania Elizabeth w przestrzeni i w czasie dzieje się przez 24 dni i towarzyszy nam w każdy adwentowy wieczór od kilkunastu lat. Na przemian będziemy zaczytywać tę historię.

Uradziliśmy też, że w najbliższy weekend pobawimy się w tradycyjne pieczenie pierników i napiszemy listy do świętego Mikołaja na temat gwiazdkowych prezentów. Zasadnicza zmiana: tegoroczną kolację wigilijną przygotują dzieci (pomogę), i będzie na stole to, na co mają największą ochotę, co lubią, ja zaś kupię jodełkę i upichcę bożonarodzeniowy obiad. Ubieranie choinki tuż przed Wigilią to rarytas dla nas wszystkich.
Bardzo ciekawie w tym roku nam się dzieje. Chciał być wyjazd, a wydarza się czas przedświątecznych przygotowań w barwnej, domowej formie. Wygląda na to, że po raz ostatni w taki sposób. Dojrzewamy, zmieniamy się, a za nami płyną kolejne zmiany. Pachnące jak pomarańcze nadziewane goździkami. Już za chwilę... Dobranoc.

Lofoty na końcu A

Za jednym zamachem ... i zrobione. Zabrzmiało echo minionego czasu i wybrzmiało. Wszem i wobec obwieszczam, że w moim zacisznym kąciku utworzyłam mini zestaw fotografii z podróży po Norwegii. Pisałam sporo o lofotującej przygodzie tutaj, a dziś chwalę się nią troszeczkę. Ooo!!! Właśnie tak!!! Bo to najpiękniejszy kawałek świata, jaki dotychczas widziałam. Jedyne miejsce na świecie, gdzie na końcu drogi znajduje się miejscowość o nazwie A, a nazwa bierze się od ostatniej litery norweskiego alfabetu.





„Magia była obecna we wszystkim, co robili”

Paulo Coelho „Brida”
Foto: DL, AW

29 listopada 2009

niedzielny wieczór

Krótki długi dzień. Jestem z siebie bardzo dumna. Odkopałam zamrażarkę spod lodu. Heh. Od 3 miesięcy mobilizowałam pospolite ruszenie dobrej woli i desperacji. Efekt końcowy: jak nowa!!!
Większość dnia to leniwa krzątanina wokół swoich spraw, w tym poszukiwanie pierwszego albumu fotografii Oskara, żeby zrobić dla siebie skany. Som znalezione, ale skaner odmówił współpracy, wrrr!!!. Przy okazji odkryłam zapomniane płyty ze skopiowanymi danymi z poprzedniego domowego komputera i dokopałam się do fotografii sprzed lat, m.in. z okresu przygotowań do wyprawy na Mont Blanc i z samej wyprawy. Mam uczucie jakby to wydarzyło się w innej epoce, w innym życiu. Poukładałam kilkanaście fotografii w pokaz slajdów i zawiesiłam. Zapraszam.

Ps.
Jutro śmigam na poszukiwanie kalendarzy adwentowych. Nadszedł czas.

jest Góra

z alpejskich ścieżek
19 lipiec 2006


Siedzimy razem, góra i ja,
Aż zostaje tylko góra
LI PO


Na ramionach ciężki plecak, a wokół wysokie piękne góry. Przede mną Góra, do niej zmierzam, już na mnie czeka; wiem o tym, daje mi znaki, mówi do mnie - czuję pewność i spokój.
Harmonia obecna w każdym kroku, w każdym oddechu, równowaga w gęstwinie poplątanych emocji, myśli, pełna koncentracja. Sprawdza się powiedzenie: im wolniej tym szybciej.
Droga pod słońce i pod wiatr. Osuwające się kamienie, pomiędzy którymi kępy kolorowych kwiatów, gęstwina ścieżek zaplątanych w pajęczą sieć, szczeliny lodowcowe, wąska grań w krainie wiecznych śniegów i zniewalających krajobrazów. Wyboista, trudna, i w każdym odcinku piękna droga na „Dach Europy”; to także pełna pokory droga do siebie.
Odnajduję w sobie siłę poprzez wiarę, że kolejne zdarzenia mają swój właściwy bieg i sens, choć czasem nie pojmuję ich przewrotności, bo tak mocno boli.
Towarzysze wędrówki … często zamiast słów milczące wymowne spojrzenia oczu. Dzielimy swoją pasję i pozytywną energię pomnażając w ten sposób ukrytą w sobie moc do przekraczania granic swoich możliwości i dając wzajemnie poczucie bezpieczeństwa (w górach obowiązuje rygorystyczna matematyka Góry).
Szczyt - apogeum szczęścia, pomyślności, długich przygotowań, ogromnego wysiłku i wewnętrznej siły marzeń. Nocny taniec myśli i słów nad dolinami w rytm zachodzącego słońca zamyka symbolicznie kolejny etap życia i otwiera nowe niewydeptane szlaki.
Wszystko ma swoje miejsce i czas.



listopadowy deszcz


w listopadowy dzień pada deszcz nawet wtedy, kiedy nie pada
listopadowy deszcz ma różne imiona

post sciptum:

This love
This love is a strange love
A faded kind of day love
This love

This love
I think I'm gonna fall again
And even when you held my hand
It didn't mean a thing
This love

This love
Never has to say love
Doesn't know it is love
This love

This love
Doesn't have to say love
Doesn't need to be love
Doesn't mean a thing

This love
This love




Foto: google

28 listopada 2009

nie ma przypadków

...


Czy to może się dziać?

Dlaczego nie?
Wydaje się niemożliwe, ale się dzieje.

Dom nad jeziorem ze wszystkich stron jest otulony przez niebo i wodę. Szklana budowla na palach i pomost z tajemniczymi śladami psa. Zejście do wody i wejście na dach oraz rozłożyste konary drzewa przedziwnej urody wypełniające przezroczystą przestrzeń pokojów. Dom bez granic, jakimi są zwyczajne grube mury, dom jak okno na świat, przez które Natura puka przyjaźnie pogłębiając nierozerwalną intymność współistnienia.
Dom nad jeziorem przywołuje do siebie dwoje ludzi. W ziemskim wymiarze czasoprzestrzeni oboje przychodzą do siebie z różnych światów, a te dwa światy kontaktuje ze sobą tradycyjna skrzynka na listy. Skrzynka na listy wypełniona słowami, marzeniami, rozterkami, oczekiwaniami, poszukiwaniami, ciepłem, czułością, gdzie każdy list jest pieczęcią kochającej duszy. To właśnie w wymiarze duszy, do której nie ma dostępu maleńki ludzki rozumek, można zakochać się w kimś, kogo się nigdy nie widziało. To kwestia, na której zna się tylko nieprzewidywalny los i którą można zrozumieć na końcu drogi.


Ps.
Od kilku dni organizowałam się, by zobaczyć polecany przez Kasię film. Skuteczna przynęta to domek jak w bajce, zdanie na plakacie filmowym Czy mógłbyś zakochać się w kimś, kogo nigdy nie spotkałeś? i Keanu Reeves, który jest ekranowym meżczyzną zatrzymującym moją uwagę w szczególny sposób.
Dom nad jeziorem to film poza czasem i racjonalnym rozumem, z zapadającą w ucho muzyką i urzekającą sceną tańca w ogrodzie w urodzinowy wieczór Kate (Sandra Bullock). Niekonwencjonalność i symboliczna swoboda opowieści, przestrzenność, światło obrazów sprawiły mi ogromną przyjemność. Nie ma przypadków. Poczułam głębiej smak swoich marzeń i na nowo przebudzoną pewność, że wszystko jest możliwe. Ufam z pełną mocą, że wymarzone, ukochane przychodzi i puka we właściwym czasie. Czas? Odległość? Nie ma takiej przeszkody, która stanęłaby na drodze do duszy drugiego człowieka. Każdy mijający dzień odsłania kolejny kawałek mojego nieba. Cóż więcej mogę zrobić? Robię to, co mam do zrobienia tak, by nie zagubić się w fantazji, a jednocześnie jej nie stracić.

Nie przejmuj się.
Kiedyś będziemy razem.
Znajdę sposób, by być bliżej Ciebie.
Żeby zaopiekować się Tobą.

Jeśli ci zależy na mnie, zaczekaj.
Zaczekaj i przyjedź. Jestem tu.

Kocham Cię.

słoneczna cisza

Cicho. Słońce rozgościło się w ogrodzie, w lesie, i na niebie, aż po horyzont. Chłodniej niż wczorajszego wieczora. Chłodniej niż o piątej nad ranem. Światło rozproszone pomiędzy łysymi gałązkami brzóz i zielonymi gałązkami żywotników, jodły kaukaskiej, świerków i laurowiśni. Tańczy na zielonej trawie, że aż chce się na niej zatańczyć, co uczyniłam czując chłód listopadowej ziemi. Dzieci wyjechane, koty w terenie. Pracuje pralka, krzątam się. Myśli bujają się pomiędzy przeszłością i przyszłością, zaintrygowane, zaniepokojone, oczekujące i obmyślające różnorodne możliwości. A pomiędzy nimi zanurzam się w ciszy, w której umysł się zawiesza i wówczas odpoczywam w spokoju. Mam ochotę przytulić się do poduszki, popatrzeć na konary drzew przez okna w swoim pokoju i zasnąć. Jeszcze tylko rozwieszę pranie i wyrzucę śmieci. Reszta zaczeka na mnie, do potem.

for new memories

Podczas słuchania Beck'a na you tube moje oko zatrzymało się na pierwszym słowie komentarza pod obrazkiem video i tak oto chce się podzielić z całym światem kilkoma słowami, które zaczarowały mnie w sobotę po szóstej rano w przerwie na kubełek gorącej słodkiej herbaty:

I love this song from Beck, its so true, so depressive, so life,... When i hear this song its like the world slows down, i sit back, thinking about people i ever met, had a great moment with them, and lost them out of my life... They are still there only i dont see them anymore, i dont know how, where they are. I only got some great memories from them. When the song is fading out, the memories are rushing out, very fast. Life reboots when it is quite, looking for new memories. I love my life.
(
bolenkov)





No coments

Once again
to myself
so nice

okazja wykorzystana

Od 5.45 jestem przy biurku i grzebię poprawki we wniosku o dotację unijną. Otrzymałam informacje z UM o drobnych błędach formalnych i trzeba je wyprowadzić z błędu właśnie. W sobotę tak wcześnie rano? Nawet w 'normalnym' trybie pracy nie otwieram o tej porze oka. Co może mnie zachęcić do takiego wariactwa? Podwiezienie Kai na dworzec PKP, gdzie z pierwszego peronu odjeżdża pospieszny Ślązak. Skoro już podjęłam się zrobić pierwszy krok dla ludzkości, to wykorzystam swój umysł i zrobię co najmniej drugi krok dla ewolucji tego pięknego świata. Przemawia przeze mnie racjonalizm, prawda? Potrafię stapać po ziemi. Niektórzy nazywają to ambitnym podejściem do tematu, a niektórzy zwą pracoholizmem. Dla mnie to najzwyczajniejsze wykorzystanie okazji. No więc wykorzystuje nie tylko okazję, ale i swoją umiejętność uśmiechu i przyjęcia zabawnego komentarza podczas pobierania klucza od pana z ochrony budynku, zaś w tej chwili wprawiam się w sztuce rozumienia czytanego tekstu, parzenia porannej herbaty i pisania. Za chwil kilka przejdę do drugiego etapu działania, czyli zagłębienia się w lekturę papierków opisujących stan posiadania firmy, czyli kolejny etap inwentaryzacji. Zamierzam zakończyć te robótki na dowolnym etapie o 9tej i oddać się weekendowej przyjemności odpoczywania na łonie domowej ciszy i słońca, które pięknie dziś odsłania błękitne niebo. Widzę wszystko przez żaluzje. Zapowiada się piękna sobota. Niech tak nam się dzieje. Papatki.

jak oddech

.


ucieknijmy tam, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy

wiesz, że za chwilę to się skończy?
wiem
to co robimy?
cieszmy się chwilą


wróć i wymyśl pożegnanie


zaczekaj chwilę, zatrzymaj się i zaczekaj, proszę, ok?
ok...
ok...



Ps.
Uwielbiam zbiegi okoliczności. Nieoczekiwanie, w AleKino obejrzałam po raz n-ty, acz ostatnie moje takie spotkanie wydarzyło się około dwa lata temu. Jak mogłam zapomnieć, że zakochałam się od pierwszego zobaczenia w filmie 'zakochany bez pamięci'? Odkryłam, przed chwilą, że oryginalny tytuł 'eternal sunshine of the spotless mind' odsłania wyraźniej i głębiej fenomen tego, o czym opowiada historia.
Dwoje ludzi spotyka się na plaży. Przy sobie czują, że są na swoim miejscu. Czas płynie. Poirytowani różnością sposobu życia rozstają się z intencją wykasowania siebie nawzajem ze swej pamięci (heh, znamy to z autopsji, prawda?). Oczywiście, na nic intencje, na nic działania. Spotykają się powtórnie i choć siebie nie pamiętają, to jakby od zawsze się znali, jakby nic się nie zmieniło. Ta sama fascynacja. Ta sama magia. To samo światło w oczach.
Tak.
Ważne jest nieuniknione. Ma swoją moc i jest. Po prostu JEST i już. To zwyczajna w swej nadzwyczajności Miłość manifestująca swoją tajemniczą siłę pomiędzy kobietą i mężczyzną. Miękka, delikatna, łagodna, ufna, spontaniczna, zwariowana, zaskakująca, nieokrzesana, krnąbrna, uparta. Wymyka się racjonalnemu umysłowi, bo jest jego światłem. Miłość to aksjomat; jest jak oddech, jak... warunek konieczny ludzkiego istnienia.


Change your heart
Look around you
Change your heart
It will astound you
I need your lovin'
Like the sunshine

Everybody's gotta learn sometime



Foto: google

27 listopada 2009

little longer

.


When you feel uncomfortable think back to a happy time. A really, really happy time in your life. Go back as far as it takes, to a time when you felt so light you thought you might float.


Do you remember it? The carefree feeling? The acceptance of the moment, of yourself, of life? Feeling unfettered by thoughts of the future and oblivious to the past?

Feel it a little longer... slowly... and smile inside.

There. Very nice.

Yours angel
Letter from Universe
Foto:
google


na granicy światów


Radzimowice w Górach Kaczawskich. Tam bywam od czasu do czasu, by posmakować Habermus, czyli porannej zupy z bakaliami wedle przepisu Hildegardy z Bingen, przygotowanej przez Władzię, by zanurzyć się w ciszę rozmowy, w której zakwita głęboki uśmiech, bezwarunkowo wspierający towarzysz w codzienności. Stamtąd przywożę kaszę i mąkę z orkiszu, chleb wypiekany przez Wiktora i zaproszenie na jeszcze raz.

Wiktor i Włada zamieszkali pod numerem 9. W domu na samym szczycie. W wiosce, której już prawie nie było. W miejscu, gdzie słyszy się to, co naprawdę ważne.

Jest takie miejsce na szczycie góry. Było kiedyś miastem. Miało rynek, ratusz, domy, izbę górniczą, sąd, dwa kościoły i przychylność władzy. Nie mogło być inaczej, skoro z tutejszych kopalń płynęło do książęcych skarbców czyste złoto i srebro. Ale pewnego dnia kruszec się skończył. Miasto zniknęło. Nie miało już nic własnego. Tylko imię. Tylko to jedno słowo. – Ale imię nie jest zwykłym słowem. Bóg stworzył przecież świat za pomocą słowa – uśmiecha się Wiktor Urbańczyk, czerstwy, jasnooki, pełen spokoju. – Może wystarczyła Mu jedyna, pierwsza sylaba? „Om”. Kiedy tybetańscy mnisi zaczynają ją mantrować, czujesz, jak drży ziemia. Jeśli sam się dostroisz do tego śpiewu, poczujesz, jak porusza się coś w twoim sercu. Tybetański znak „Om” Wiktor wymalował na fasadzie swego domu w Radzimowicach pod numerem 9. w czasie, kiedy wieś już praktycznie nie istniała. Jeszcze uczyli się o niej studenci, bo łupki radzimowickie uważano za najstarsze skały, jakie znaleziono w Polsce. Ale naprawdę na wierzchołku Żeleźniaka było tylko dziesięć domów. I mieszkało tylko kilka starszych osób, już spakowanych, żeby wyjechać. Nawet nie wiedzieli, że mieszkają w Radzimowicach. – Mówili: „Na Starej Górze w Mysłowie”. Mysłów to wieś u stóp Żeleźniaka. Sołectwo traktowało domy na górze jak swój przysiółek. Miały Mysłowskie numery. Ale kiedy się tu meldowałem, to mi w urzędzie w Bolkowie wpisali w dowód „Radzimowice”… – Bo tu po wojnie Rosjanie chcieli wydobywać uran. A kilka lat potem Polacy odbudować kopalnie miedzi i arsenu – wyjaśnia Włada, żona Wiktora – a kopalnie musiały mieć lokalizację. Komisja nadała więc nazwę. I tak Wiktor został jedynym obywatelem w Radzimowicach. Wiosce, co w 1241 roku miała prawa miejskie. A dziś, choć wciąż jest tu miejski rynek, nie ma ani skrawka asfaltowej drogi.

Salamandry w ogniu

Odkąd Wiktor został sołtysem, droga, choć kręta i stroma, jest starannie odśnieżana. Bo zaspy potrafią być tu wysokie na metr i więcej. Wtedy mogą zatrzymać nawet ekipę, co ciągnie na górę budować dom japońskiego biznesmana. Omura san z Kioto przyjechał, zobaczył i pomyślał, że w całym świecie jest tylko jedno miejsce warte, żeby w nim zostać na zawsze. Gdyby kiedyś nie pojawił się Wiktor, dziś nie byłoby tu żadnego życia. – Miałem wówczas dwie pasje, wędrowanie i minerały – przed 20 laty Urbańczyk, urzędnik z Legnickiego „Legmetu”, wspiął się na Żeleźniak w poszukiwaniu minerałów. – Schodziliśmy już z Władą Tatry, Beskidy. Bialskie… Mieliśmy w duszy tę potrzebę, żeby w górach mieszkać, ale z pensji urzędnika to w górach można było sobie kupić buty. Szukał minerałów. Orał trzewia ziemi, jakby chciał zajrzeć do środka. Do duszy. Czasami twardej i przejrzystej jak górski kryształ, czasami tęczowej jak agat. Jak tęcza, którą Bóg wiesza na niebie, żeby ludzie pamiętali, że ich kocha. – Stanąłem na szczycie – pokazuje miejsce, gdzie zbudował po latach maszt na polską flagę. – Spojrzałem w prawo na buki na Miłku i wapienne skały Połomu, potem w lewo na dolinę i potężny masyw Lubrzy po drugiej stronie i poczułem, jak mnie ta ziemia wzywa. Jakby wiedziała, że kiedyś stanę tu z płótnem pełnym ziarna, zagrzeję je w dłoni, rzucę. A ona da mi chleb. I od tej pory nie zaznał spokoju. Wracali tu z Władą każdej soboty. Sypiali w śpiworach w chacie pod 9., co stała pusta, odkąd babcia Venigowa umarła, a polska rodzina, którą przygarnęła, wyniosła się na dół, do Mysłowa. Do PKS-u, sklepu, poczty i telewizorów. Babcia Venigowa była stąd. Z Altebergu, ze Starej Góry. Kiedy komuniści wyganiali Niemców, ona została. U siebie chciała być. W domu. „A kto tu po nią przyjdzie na górę?”, myślała. I miała rację. Za daleko było dla komisarzy. Wychodziła na skraj drogi i patrzyła, jak dołem ciągną armie, przesiedleńcy, jak budują się nowe drogi. Jak furmanki ustępują miejsca małym fiatom. Świat się zmieniał, ale u góry wciąż było tak samo: Łęczycki hodował owce, starzał się, a one co rok miały nowe runo. Urynowicz siedział pod jedynką, a przy starej drodze Skrzypczyk. – Przyjeżdżaliśmy w niedziele i pracowaliśmy od świtu do nocy, wyrywając z ziemi złom niemiecki i polski, średniowieczny i nowoczesny, pomalowaliśmy wapnem ściany, posadziłam kwiaty – Włada dorzuca do pieca. A piec odpowiada snopem iskier. Kiedyś ludzie powiedzieliby, że to mówią salamandry. I kwiaty zaczęły kwitnąć. Jak nie z tego świata. A ludzie miejscowi nie mogli się nadziwić, po co miastowi na tę górę lezą. Wiktor tymczasem dojrzał, żeby dom odkupić. Ale okazało się, że nie należy on do nikogo. Że go nie ma w dokumentach, bo w Radzimowicach administracja polska się po prostu nie przyjęła. Trzy lata trwało, zanim wyrobił w sądzie papiery, żeby mógł należeć do gminy. A jak wyrobił, to się okazało, że gmina ma na chałupę sześciu chętnych. – I tak po kilku latach starań, remontów, marzeń i planów zobaczyliśmy, jak wszystko wymyka nam się z rąk – wzdycha Wiktor. – Co było robić? Wynajęliśmy rzeczoznawcę budowlanego, wycenił nasze prace remontowe i zaniosłem do gminy rachunek. Był 1989 rok, komuna dogorywała, już nie można było nikomu po znajomości dać cudzej pracy. Gmina popatrzyła na rachunek i chętni do zakupu się wycofali.

Głosy na wietrze

Kryzys dopadł „Legmet”. I Wiktora po prostu zwolnili – wspomina Włada. – Od tej pory ja wyjeżdżałam do miasta pracować, a Wiktor nie miał już żadnego powodu, żeby schodzić w doliny. – I wdzięczny jestem za to zwolnienie, bo miałem wówczas lęk przed bezrobociem, sam bym się nie zdecydował – rozkłada ręce Wiktor. – Wstawałem o świcie, widziałem mgły pod stopami i niebo niebieskie nad głową. Szedłem na górę, siadałem i milczałem. Aż kiedyś usłyszałem, że w głębi duszy się modlę. Że rozmawiam z Bogiem. To było głębokie, mistyczne, niezwykłe doświadczenie. W mieście myśli wciąż zajęte są terminami, hałasem, napisami na sklepach. Jak człowiek może cokolwiek usłyszeć? Kiedy idziesz w las, wszystko cichnie i... słyszysz to, co ważne. I tak Wiktor nauczył się modlić. A potem zbudował maszt. I zawiesił flagę. Biało-czerwoną. Bo przez symbole i rytuały ludzie od zarania świata komunikowali się z Bogiem. – Na wietrze, nad górą, która tyle przeszła, która widziała górników, książęta, obce armie, owce pana Łęczyckiego, łzy babci Venigowej, poszukiwania uranu i gruzy, co zostały z ludzkich marzeń, musi być nasza flaga. Jak tybetańska modlitwa, którą niesie wiatr. Śladem Urbańczyków osiedlili się tu ich przyjaciele. Przyjeżdżali, szli na górę albo do lasu. Siadali w milczeniu i czekali, aż przemówi do nich ziemia. A kiedy usłyszeli, zostawali na zawsze: pani Jolanta, pisarka i historyk sztuki, Kazimiera z Kazimierzem, którzy przy wjeździe do wsi postawili kaplicę wotywną za cudowne ocalenie z wypadku, z którego wyszli bez szwanku, choć z auta zostały im tylko klamki; pani Hanka, bioenergoterapeutka, która fenomen Radzimowic potrafi wyjaśnić tak, że chcą tu być ludzie, którzy nie muszą niczego zmieniać na siłę, wbrew naturze wszechświata. Dlatego wszechświat nie chce zmieniać tych ludzi. Wystarczy, że się nawzajem słuchają. Jest jeszcze Tatiana, która musiała uciekać z Białorusi, kiedy jej działalność w Towarzystwie Filomatów reżim Łukaszenki uznał za wrogi. Jest Omura san z Kioto. I Marek. Mistrz Ognia. Każdy przywiózł ze świata na dole to, co najważniejsze: święty ogień agnihotrę, orkisz, tybetańskie rzeźby, wiedzę o pierwotnych rytuałach, miłość utraconej ojczyzny, muzykę, runy i święte znaki. Żeleźniak jest górą pełną symboli. Nawet wzrostu ma symboliczne 666 metrów nad poziomem morza. Czyż można się dziwić, że obchodzą Noc Świętojańską? Że palą święty ogień jak przed tysiącami lat nad Gangesem, skąd wywodzi się nasza cywilizacja. – Lata minęły, ale rdzeń sanskryckiego słowa „agni” wciąż słychać w słowiańskim „ogniu”, prawda? – podkreśla Wiktor. – Ogień jest modlitwą jak „Ojcze Nasz”. Nieważne, czy palisz go we wnętrzu piramidy, czy na górze w kręgu przyjaciół. Ważne, po co go palisz. Kiedy Włada wchodzi do domu, najpierw zapala świecę.

Anioł Zmartwychwstania

Już trzeci sezon odbywa się na górze Międzynarodowy Festiwal „Świat Kultur”. Wystawy, dyskusje, prezentacje. Przyjechała tu zaśpiewać Britta, sopranistka z Kolonii. I wróciła Wielkanocą, żeby w maleńkim kościółku w Kaczorowie na rezurekcji zaśpiewać Ave Maria jak w La Scali. Przyjechała następnej Wielkanocy, żeby przywieźć Wiktorowi obraz. Anioła. – Kiedy go zobaczyłam w galerii, poczułam, że należy do tego miejsca, po prostu musiałam go przywieźć – powiedziała – jakby on chciał tu być. Tygodniami szukali mu imienia w książkach i pośród ludzi, którzy się na aniołach znają. I odnaleźli. To Serafiej. Anioł Cierpliwości. Ten, co nigdy nie pogania. Powiadają, że siedział w Grobie Pańskim, kiedy przyszła tam Maria Magdalena, żeby powiedzieć: „Nie ma go tu, bo zmartwychwstał”. W życiu Wiktora prezenty zdarzają się niezwykłe. Anioł. Albo Lingam Sziwy. Jeden z kamieni, które spadły z nieba jako meteoryty, stopiły się w jedno z gliną ziemi, a teraz Hindusi wydobywają z rzeki te olbrzymie kamienne walce z dwóch stopionych ze sobą skał. Jedną z naszego, drugą z innego świata. – Tu też mamy dwa światy. Już rzadko komu udaje się ich doświadczyć. Ale zdarza się. Czasami, kiedy palimy ogień, dzieci widzą, jak się wokół nas gromadzą cienie. Może to gnomy, zapomniane duchy lasów? – Obudziliśmy je, kiedy wybraliśmy z ziemi gruzy cywilizacji, zaoraliśmy i posadziliśmy ogród – śmieje się Włada. – Sprawiają, że dziewanna rośnie u nas na 4 metry, że malwa ma kształt drzewa, a naparstnica wypuszcza na czubku koronę. Rośliny rosną tu inaczej niż na dole, w ludzkim świecie.

Wiktor sieje orkisz

Ta potrzeba dojrzewała we mnie nieuświadomiona, jak sen, w którym idę po polu i wysiewam ziarno. Wszystko się ułożyło, gdy przeczytaliśmy książkę o św. Hildegardzie z Bingen. – To też był prezent, napisała ją nasza znajoma – dodaje Włada. – Hildegarda, średniowieczna mniszka, mistyczka, zaprzeczenie stereotypów o tamtych czasach: była wykształconym filozofem, stworzyła kompletną wizję świata. – Dziś powszechnie wierzymy, że choroby są odbiciem problemów w naszej duszy, ale musiały minąć epoki, żeby ta wiedza stała się oczywista. Pisała o leczniczych właściwościach orkiszu, i tak się nim zainteresowałem – Wiktor wypieka z niego chleb i twarde, średniowieczne podpłomyki. – To niepodległe zboże, bo nie można go genetycznie modyfikować. Harde, bo nie daje wielkich plonów. Bo nie rozprasza energii na tysiące ziaren, jak pszenica. Skoncentrowane. Za to wystarczy gotować je pół godziny, żeby nadawało się do spożycia. Długo szukał ziarna. A kiedy je dostał od Babalskiego, wysypał w lniane płótno, wyszedł na górę, zaczerpnął pełną garścią, ogrzał. I dał ziemi. Ciepłe od własnego dotyku. – I w tej jednej chwili zrozumiałem, że jestem we właściwym miejscu. Że właśnie tu szedłem. A kiedy już wszyscy „miastowi” mieli w dowodach „Radzimowice”, chcieli być u siebie. Nie w przysiółku Mysłowa. Poprosili Gminę Bolków o własne sołectwo. Gazety zaczęły pisać o „Separatystach ze Starej Góry”. Samorząd się nie zgadzał. Poszli wszyscy do burmistrza. – Jestem na nie! – zapowiedział. Ale wysłuchał. Po godzinie zgodził się, że warto taką uchwałę postawić na Radzie Gminy. I 16 lipca 2003 roku Radzimowice, wieś, której prawie nie było, stała się sołectwem. Trzeba wjechać na szutrową drogę w środku Mysłowa. Prosto, do góry, a potem zakosami koło Księżego Kamienia. Aż zza pagórków wyłoni się wioska na szczycie. Na granicy światów. Gdzie flagi odmawiają modlitwy, a cienie przychodzą usiąść z ludźmi wokół ognia.

GRZEGORZ KAPLA

Foto: M.Kurpiel

26 listopada 2009

do końca wszytkiego

.


w deszczu
maleńkich i większych żółtych kwiatów


Foto: DL

na-ten-czas

...

Rozdyskutowany dzień dziś od samiutkiego rana. Pachnie kawa. Panowie weszli na grunt grząski i głęboki: podatki, system państwowy, społeczny, przemiany. Ufff, robi się ciut kłótliwie, hałaśliwie. Mnóstwo pracy. Stres i napięcie domagają się rozładowania, więc się dzieje. Najczęściej jest frywolnie, wręcz sprośnie i zabawnie, a czasem, jeśli szef jest na miejscu, to się chłopaki rozkręcają i zakręcają w niekończące się Polaków rozmowy. Zróżnicowana wiedza ekonomiczna i biznesowa, zróżnicowane doświadczenie życiowe, budują napięcia emocjonalne, których przepływ z ciekawością obserwuję.
A za oknem świeci słońce.

No właśnie!
Rankiem zapowiedział się ładny dzień. Pomarańczowy wschód słońca na niebieskim bezchmurnym niebie otulił na pomarańczowo całe miasto. Naprawdę!! Widziałam z okien samochodu i bardzo mi się podobało, że mam okazje doświadczyć w barwny sposób późnej jesieni. Okazja niezaplanowana, bo misieńka poprosiła mnie o pomoc. Niejako po drodze do pracy zajechałyśmy do bankomatu i do Castoramy, a przy okazji dowiedziałam się, że całe to zamieszanie w ramach szkolnego projektu Odyseja. Nagrodą jest pobyt na renomowanej amerykańskiej uczelni. Notabene moje drugie dziecko tez trochę psoci, bo wczoraj dowiedziałam się, że w nagrodę z WOSowego konkursu wyjeżdża z ludkami z klasy do Brukseli. Znowu?! Ja też tak chcę!!! A dziś próbna matura z angielskiego i w przerwach w klepaniu w klawiaturę trzymam kciuki:)

Ps. W porannych ciemnościach leżałam i dumałam nad krnąbrnością Natury. Latem z lekkością wyskakuję z łóżka o piątej i czuje się pełna życia, a dzień wydaje się niewyczerpanie długi i dobrze mi z tym, zaś w ostatnich dniach, tygodniach ledwie o siódmej wypełzam z łóżka, żeby zaparzyć dla młodzieży ziołową herbatę, umyć kudełki, zjeść ciepłe śniadanie, przygotować jedzonko do pracy i o 8:10 usiąść za biurkiem. Kiedy wychodzę stąd już ciemno i zimno. Hmmm... W ramach konstruktywnego buntu mam ogromną ochotę wprowadzić osobliwe zmiany klimatyczne w swoim życiu.
Chcesz więcej słońca? Proszę bardzo!
Wyszperałam na-ten-czas ciepły
kolorowy uśmiech










Foto: google

at the end of the day

...

"As soon as you do something, anything, you’re risking doing the wrong thing, disappointing someone, making someone angry, or even disappointing yourself. ... is this the right thing to say, is this too much to reveal, is this safe, is this offensive? At a certain point I just need to take all those doubts and throw them out the window and throw caution to the wind and say, I know none of this is gonna be right, but all of this is gonna be honest. I’m therefore making the decision to put myself out there, knowing that at the end of the day, no matter what happens, this transmission is gonna hit some people in the right way."
Amanda Palmer
more

złudzenie konieczne

.

25 listopada 2009

zaklinanie

Moja najnowsza recepta na szybką regenerację utraconej energii to wizualizacja na temat:

* Jil Sander Style Pastels Blush Pink - zapach, który spotkałam 'przypadkiem' wczoraj i uwodzi mnie skutecznie jeszcze dziś, trzyma się mnie jak 'rzep psiego ogona' i nie chce zostawić. Fiołkowa magia konkurująca z Romance Ralpha Laurena i z Gucci Rush 2.

* Cathay Pacific i poczciwy jambo - fragment smsa, który dodaje skrzydeł. Zapowiedź wiadomego i niewiadomego zarazem.

*** Żeby czary się zadziały dorzucę kawałek czekolady z chili i piosenkę Try

coś więcej

Taniec Miłość Sława - trzy tematy wprost z folderu reklamowego i coś więcej, z naciskiem na Coś.

Obejrzałyśmy wczoraj z urodzinową misieńką film.
Bardzo chciałam go zobaczyć.
Muzyka, taniec, ruch, pasja, dynamika pociąga i przyciąga i namawia tak, że najczęściej przepadam z kretesem, i wpadam jak śliwka w powidło śliwkowe - po prostu chcę zobaczyć.

Zobaczyłam marzenia, decyzje, dylematy, konsekwencję, poszukiwanie siebie, cierpliwość.

Zwiastun filmowy może zmylić, oj bardzo, a jednocześnie rozsmakowuje.

Fame - sława, pokrętny tytuł, bo i sławy tam mało, i o sławie mało, chyba, że o tej szybkiej powierzchownej, krótkotrwałej, po której zostaje pusta pustka.
Blichtu mało, za mało, bo blichtu bliżej zero, bo czasem reżyser wyrywa się i wrzuca scenę jakby z innej bajki, a zaraz potem wraca pomiędzy ludzkie codzienne emocjonalne potyczki z odpowiedzialnością za życie, za prawdę w sobie i za uczciwość wobec siebie.

Film o tańcu? Tańca jest tylko trochę.

Obraz surowy, nieoszlifowany, ciut inny niż podpowiada i oczekuje przesiąknięta speedem wyobraźnia. Przyzwyczajony do czerwonych dywanów w świetle reflektorów, do wartkiej akcji umysł po kilku minutach projekcji wysyła zniecierpliwiony komunikat: jakaś taka kakofoniczna nuda. Ani tak ani siak - o co chodzi? Od czasu do czasu pojawiają się sceny, kiedy jest banalnie i prozaicznie tak, że chce się od tego uciec. Umysł z epoki McDonalda i Coca-coli lubi wszelakiej maści fajerwerki.

Jak dobrze, że człowiek jest bardziej złożoną formą życia i ma do dyspozycji świadomą refleksję i zdolność zapytywania oraz poczucie, że zawsze jest coś więcej, bo nie ma przypadkowych spotkań. Warto zatrzymać się, by zobaczyć i usłyszeć życie jeszcze inaczej. I siebie w takim spotkaniu odkryć inaczej. To możliwe.


Wczorajszy film to kronika z codzienności szkolnej, wzloty i upadki, oczekiwania i rozczarowania, zanurzenie w sobie i olśniewające odkrycia.

Obraz nie jest porywający euforycznie i natychmiastowo, jest porywający cichcem, zza węgła. Zostaje i drąży, jest z tych niewygodnych, ciągle się miętoli w mojej głowie, świdrujący i domagający się uwagi. Jest jak rozmowa nauczyciela teatru z Malikiem o autentyczności, o wiarygodności, o subtelnej różnicy grania siebie a bycia sobą:
It's your power. It's who you are.

Wrócę do tego filmu, bo dostrzegłam podczas oglądania swoje opory, czyli zakamuflowaną część siebie, a zatem jest to najlepszy powód, by poprzez nie przyjrzeć się sobie, prócz tego, że tak miło posłuchać i popatrzeć na roztańczoną oczywistość.

Ps.
A miłość? O miłości mogę powiedzieć dwa słowa: Miłość Jest

Foto: filmweb

słodkie życie katarzynki

Kochane Kaśki!

W dniu imienin życzę Wam wszystkiego najlepszego, marzeń do spełnienia, butelki czerwonego wina ... i no właśnie. Jako praktyczna gospodyni i psiapsiółka załączam przepis na słodkie życie.

20 dag miodu
10 dag cukru
jajko

40 dag mąki łyżeczka przyprawy do pierników
otarte
skórki z cytryny i z pomarańczy
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Do płynnego miodu dodać cukier, przyprawę, jajko, mąkę z proszkiem do pieczenia. Wyrobić na dość twarde ciasto, rozwałkować na grubość 1 cm. Wykrawać katarzynki i smarować z wierzchu miodem w wodą (na łyżeczkę miodu łyżka wody). Układać na natłuszczonej i wysypanej mąką blasze. Piec w dość gorącym piekarniku i dobrze się przy tym zabawić, bo dobre ciacho jest najczęściej słodkie.

24 listopada 2009

like parachute

.


The mind is like parachute
it only works if it's open

Foto: google

autobus do nieba

Hej ho... jestem. Partyjka w lotki z chłopakami to skuteczny sposób, by złapać ostatni autobus do stacji: 'tu i teraz'.
Dziś mój umysł uprawia wszędobylską dywersję i tarmosi po wertepach. Dzień ciągnie się jak przysłowiowa guma od majtek w szaro-burym kolorze. Rozpływa się w rytm rozproszonych i wyjątkowo mało określonych myśli, które aktywują bele jakie, a więc nieznośne emocje, ciężkie jak ołów (czy ktoś pamięta ile waży litr ołowiu?).
Lista spraw firmowych do zrobienia jest jak zszywacz; połatałam się nieco, pozbierałam w kupę i ugruntowałam. W międzyczasie piję, ba, żłopię niemal, bo mi tak jakoś od tej szarości za oknem ciągle zimno. Na koncie 5 kubeczków gorącego rooibosa z miodem, a na obiad kilka sztuk zarumienionych, cieplutkich kapuśniaczków (dla niewtajemniczonych w GRONOwe wypieki wyjaśniam, że kapuśniaczki to drożdżowe zawijańce z kapustą). Pragnienie ugaszone, głód zaspokojony. Co jeszcze z tego miejsca mogę dla Ciebie zrobić kochany wtorku? A może by tak coś zbroić? Na co mam ochotę? Hmmm...
Foto: google

kobiecość

.



Kaju, dziękuję, że mnie wybrałaś na swoją mamę.
Kocham Cię śliczna dziewczynko i życzę Tobie pięknego życia.


Foto: google

Kaja step by step

23 listopada 2009

17 lat minęło

.


Pada soczysty deszcz. Siedemnaście lat temu był pogodny poniedziałek. Od 11tej czułam delikatne skurcze: jawny znak, że zbliża się czas porodu. Ustaliłam z sąsiadami, że jak tylko zwiększy się ich moc i częstotliwość to zawiozą mnie do Zielonej Góry, bo uparłam się urodzić tylko w tutejszym szpitalu (a przejściowo mieszkaliśmy w Sulęcinie). Przed 23ą wyruszyliśmy. Spakowałam Oskara i zabrałam go na kilka dni do zaprzyjaźnionych Lucyny i Zbyszka, mieszkających obok szpitala, na Podgórnej. 16-miesięczny Oskar czuł się swojsko tylko z nimi; spotykaliśmy się dość często ze względu na ich córkę, rówieśniczkę Agnieszkę. Droga nocna była mglista, więc dojechaliśmy na miejsce przed pierwszą. Zostawiłam Oskara po raz pierwszy w życiu na dłuższy czas beze mnie i w te pędy do szpitala. Winda się zacięła, więc pieszo z szóstego piętra. Ubaw po pachy, bo sąsiad był pełen obaw o mój stan, ja zaś wyliczyłam skurcze co 4 minuty i zachowywałam zadziwiający spokój. Było nieco przed drugą. Na Izbie Przyjęć usłyszałam na powitanie: jak można tak lekceważyć? mogłaś dziewczyno urodzić w każdej chwili. Strachy na lachy - se pomyślałam. Potem szybciuteńko kobitki mnie zbadały i na wyrko. Przyszedł zawezwany zaspany lekarz. Wow, 'stary 'znajomy' doktor Baryła. Przy Oskarze też miał nocny dyżur. Ucieszyłam się rozbawiona. Popatrzył i rzekł: no to za godzinkę będzie po wszystkim. Przyjęłam diagnozę z niedowierzaniem pamiętając 11 godzinne 'przepychanki' z pierwszego rozwiązania. Dziewczynki w białych kitlach, stażystki, opiekowały się mną i chcąc nie chcąc, kiedy już zaczęło dziać się mocniej, poczułam jeno plusk i plum. Koniec i kropka. O 3.30 24 listopada we wtorek zobaczyłam maleńką Kaję, z którą znałyśmy się już od 9 miesięcy. Z wrażenia dynamiką akcji porodowej podniosło mi się ciśnienie. Zakaz zasypiania. Zadanie ułatwiła moja dziewczynka, bo zamiast przebywać w inkubatorze leżała ze mną.w ten sposób od pierwszych minut gawędziłyśmy sobie i nadal od czasu do czasu spędzamy wspólnie czas.














































A dziś... No właśnie! Ile razy w życiu zdarza się taki zbieg dat i dni, jak w tym roku? Nie wiem, nie sprawdzałam, ale z tego powodu dziś, czyli jutro, świętujemy niekonwencjonalnie. Zaczynamy od 3.30: tort z różą i róża w wazonie, szampan brzoskwiniowy i drobne prezenty. A potem... czas popłynie dalej, a my z nim, przed siebie.


Foto: google

going home

.


Foto: google

petycja

Sadzenie krokusów i tulipanów w grudniu już mi się przydarzyło. To było trzy lata temu, kiedy zima długo nie chciała przyjść. W Mikołajki zajrzałam do garażu i potknęłam się o przesyłkę z cebulkami, które zakwitły w marcu. A dziś, to znaczy już wczoraj, wydarzył tak ciepły i słoneczny dzionek, że zrealizowałam mało realny o tej porze roku plan: skosiłam trawę wraz ze wszystkimi liśćmi, jakie zrzuciły brzozy i przywiał z lasu wiatr, przycięłam jeszcze kwitnące białe róże, zeschłe powojniki, zimozielony wiciokrzew, a drewutnia w pełni gotowa czeka na świeżą porcję drewna.
Czy jestem gotowa na zimę w pełni? Bynajmniej. Jeszcze chcę drewno do kominka zmagazynować, zamienić 'łyse' opony na bardziej praktyczne, czyt. bezpieczne i kupić ciepłe rękawiczki. W związku z powyższym naskrobałam petycję: Kochana zimo, zwracam się z uprzejmą prośbą, wstrzymaj się ze śniegami i mrozami w naszej okolicy, na dłuższy czas, może być nawet do samiutkiej wiosny.
Ciepłolubna Dorotka

Ps.
Dlaczego o tej porze nie śpię? Otóż, mój dorosły syn ogląda właśnie film, co mnie obudziło i pobudziło. Po krótkiej wymianie poglądów na temat nocnych nasiadówek w czasie przygotowań do matury nie mogę zasnąć, wiec czytam i skrobię, co mi po głowie spaceruje.

22 listopada 2009

niedzielny miś



Dzień dobry dziewczynki i chłopcy. Dzisiaj jest niedziela. Za oknem jasne niebo, niezdecydowane słońce i bezlistne drzewa. Pomiędzy konarami kołysze się wiatr, a czasem hopsa wiewiórka. Malowniczy krajobraz, acz ciut skromniejszy niż w pozostałe pory roku. I co pewniejsze, nie wyskoczę w jedwabnej koszulce do ogrodu z kubełkiem kawy, co najwyżej na chwilę, żeby poczuć pod stopami chłód listopadowej trawy. Wobec powyższego w sielskiej ciszy domowej ogarnęłam kuchnię, zagotowałam kawę i wróciłam do łóżka. Na nocnym stoliku herbaciana róża, świeca na komodzie, laptop na kolanach, kawa w brzuszku, a obok, po prawej stronie, duży miś, do którego można się bezsłownie przytulić.

Misiu, jak masz na imię?

Kobieto, koala jestem. Daj jeszcze pospać.

Foto: google

21 listopada 2009

po raz trzydziesty trzeci

...

Sem ja... ciut znużona hałasem prezentacji i dyskusji, swoją niecierpliwością i złością na siebie, żem wewnętrznie zachwaszczona. Dzieję się od wczoraj trochę jak wskaźnik WIG przez ostatnie dwa lata. Uff, spore amplitudy. Tak, tak, wiem, to naturalny proces. Czuję w sobie, a jednocześnie poza moją stefą wpływów, duży opór wobec przemiany energii, że aż fizycznie boli. Komplikujące stworzenie stworzyła Natura na obraz i podobieństwo doskonałego Wszechświata.
Po dzisiejszym spotkaniu nasuwa mi się prosty wniosek: cała sztuka łagodnego twórczego Przepływu tkwi w strategii bezpiecznego poruszania się na rynku możliwości inwestowania energii, zapewniająca większe lub mniejsze zyski, zaś w najtrudniejszym okresie pozwala stabilnie odczekać nawałnicę. Wspierająca jest taka oto prawidłowość: kiedy dzieje się długotrwała hossa, na co wskazują średnioterminowe trendy, wówczas aktywnie inwestujemy w rynek akcji, czyli kupujemy, a ich wartość dynamicznie rośnie. Czas intensywnego działania. Kiedy przychodzi bessa, a opieramy swoje racje na tak samo określanych trendach, wówczas sprzedajemy nabrzmiałe wartościowo akcje i cały kapitał inwestujemy w stabilne i bezpieczne fundusze rynku pieniężnego (wykluczając banki), bądź obligacje. Czas odpoczynku i zbierania sił. Suma summarum ta przebiegła strategia inwestowania kasiorki przynosi zawsze zyski, zaś w życiu samym przynosi przemianę i rozwój, niezależnie od tego, jak sytuacja wygląda na pierwszy rzut oka. Jak to się przekłada na szczegółowość dnia codziennego? Zagadnienie na długie nocne Polaków rozmowy (jeśli ktoś ma nań ochotę), na które pozostawiam znane mi słowa-klucze opisujące prywatny indeks giełdowy PIG: dynamika, działanie, kreatywność, wyciszenie, medytacja, odpoczynek, wdech i wydech, wino i miłość.
Natenczas zmykam wyluzować się w totalnie bezmyślny i słodki sposób, tzn. zjeść pudełko czekoladek i obejrzeć po raz trzydziesty trzeci Top Gun, bo lubię otworzyć szeroko oczy, żeby sobie popatrzeć na samolotowe harce i na piękne widoki 'z góry'.


Ps. Alternatywą dla Top Gun jest młodszy francuski obraz Sky Fighters i przecudnej urody przeloty nad morzem, nad Alpami. Romantyczny wątek też tam się zmieścił, więc zapowiada się rozkoszny mini maraton filmowy.







i jeszcze zasłuchanie na Dobranoc.

Foto: google

medytacja miłości

.

... morze, szum fal, ciepły wiatr we włosach, mięsisty szelest ziaren piachu pod stopami. Wystarczy zamknąć oczy albo... albo znaleźć fotografię


Foto: Google

zapach domu

Lubię wracać do domu.
Lubię pichcić i ręcznie zmywać naczynia.
Lubię wstawiać pranie i prasować, choć często prasowanie długo na mnie czeka zapomniane.
Lubię nawet zmywać okna, choć średnio jestem zadowolona z efektów.
Najbardziej lubię zapach domu. Przedwczoraj kupiłam dużą świecę, taką na kilka dni non-stop. Notabene, bardzo lubię światło świec. Wczoraj, kiedy wróciłam z pracy, a wszem i wobec rozpanoszyła się ciemność (taki nastał czas, kiedy wychodzę jest jeszcze ciemno, a kiedy wracam już jest ciemno), dom pachniał delikatnie, subtelnie, lawendowo. Tak jak pachną kwiaty w ogrodzie letnim wieczorem albo tuż po krótkotrwałym deszczu. Ogromna przyjemność rozgościć się pod przyjaznym dachem. Czuję radość, że stworzyliśmy sobie nawzajem przytulne miejsce, co daje mi pewność, że gdziekolwiek każde z nas znajdzie się w swoim życiu ta przytulność i ciepło pójdą za nami, z nami, albowiem są w nas (najprostsze prawo przyciągania). Dziś rankiem pachnie zieloną pietruchą i pieczarkami oraz bazylią. Przygotuję ryżowy miks na obiadek i wybędę na całodniowe szkolenie. Ciekawe, co dziś chowa w zanadrzu? Papatki.

shall we dance?

.


Uwielbiam Petera w takim zaśpiewaniu, po prostu mniam. Kiedy Book of love wybrzmiewa, cisza się rozprzestrzenia międzygalaktycznie i czuję ją w każdej komórce swojego ciała. Magię dopełnia po brzegi fakt, że piosenka wydarza się podczas filmu o zatańczeniu. Jest zatem piorunująco, zniewalająco, barwnie i zabawnie. Ba, i ładnie, gdyż obsada gwiazdorska 'pierwyj sort': Susan Sarandon i Richard Gere, plus Jennifer Lopez, której kobiecość nie tylko w apetyczniej oprawie, ale i w tańcu wibruje, bo tańczyć dziewczyna potrafi. Oj, potrafi. Spotkałam Zatańcz ze mną kilkakrotnie, a piosenka wraca do mnie niezależnie, jak bumerang, jak czerwona róża, jak...

Opowieść o zwyczajnym życiu dwojga ludzi, którzy dzień po dniu pracują, spotykają się w domu, mijają pomiędzy zdarzeniami dnia, i o tańcu, który pojawia się niby przypadkowo, jak dzieło ciekawości i kaprysu jej zaspokojenia, i który burzy ustalony porządek zwyczajności i wznosi ją na wyższy poziom. I już nigdy nie będzie tak samo, a życie we dwoje smakuje głębiej, barwniej, inaczej.

Shall we dance Mr... ?

Foto: google
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...