14 lipca 2010

wiem trochę więcej

.


są dni, które płyną w zaskakujący sposób

tak jak dziś

mieszają się emocje, sytuacje, zdarzenia

jestem zadziwiona tym, co do mnie przychodzi, różnorodność

jedno aktywuje łzy, drugie aktywuje uśmiech, radość, satysfakcję

cóż tam we mnie siedzi nieuświadomionego, co decyduje o tym, że ciągle trwa high life, po mojemu - rzecz oczywista!

za biurkiem to, co zwykle, czyli nieustanne nowości w ramach tych samych obowiązków, dziś kilka rozmów jakości takiej, że lubię siebie bardziej

łzy podczas jogowania ciała pojawiły się bez wyraźnego powodu, i dziwnie mi z tymi nieokreślonymi ciężkimi emocjami, dziwnie w pewnej mierze, bo jako całość płynę powoli z dniem

od czasu do czasu przychodzi twórcza myśl odnośnie kolejnych warsztatów, pomysł na formę zakończenia swojego cyklu, tak, żeby pozostał wyraźny ślad, żeby niteczka snuła się ku przyszłości, a kontakty rozwijały się na miarę potrzeb ciała i duszy;

ostatnie spotkanie związane jest z Mapa Marzeń; chce to kolorowe ćwiczenie połączyć z czymś co będzie miało charakter celebracji wyłonienia z siebie ducha pragnienia, chcenia, tworzenia i błogosławieństwa przyszłości, która opiera się na chwili teraźniejszej;

szamański rytuał w kobiecym kręgu, w którym każda z nas symbolicznie zatańczy swój taniec i zaśpiewa swoją pieśń;

chcę w międzyczasie wyłonić dominujące maski, czyli role, które każda z nas uprawia w swej codzienności, po to, by się z nimi zabawić, przyjrzeć się i zdystansować

jak to się ułoży?


przymierzam się do dłuższego weekendu, od piątku, na poczet przygotowań Oskara do długiego wyjazdu do Blackwater, gdzie planuje pracę do końca sierpnia, co najmniej, a jako że papiery na uczelni już lezą, to czas wakacji potrwa prawie do końca września;

w międzyczasie decyzje związane z mieszkaniem, i oto w ten sposób otwiera się kolejny etap życia dla chłopaka, już poza moją strefą wpływu, acz z drobnym moim udziałem, duchowo-finansowym;

trzymam kciuki myśląc o Kai, bo do niedawna nie miała sprecyzowanych planów dotyczących studiów, a niebawem taką decyzję trzeba będzie podjąć; to mądra i rezolutna dziewczyna, i jeśli jasno sprecyzuje swój cel, to konsekwentnie go realizuje,

pragnę w głębi duszy, by ta decyzja była aktem jej własnej woli, bo wówczas będzie miała największą motywację do pracy;

mój kochany dorosły syn zaskoczył mnie bardzo

matura, studia na SGH to ogromny sukces i wyzwanie..

czasem miałam wrażenie, że trochę rozsypuje swoją energie pomiędzy różne działania nie związane ze szkołą, a jednak zrobił po swojemu dobrą robotę,

jednego jestem jeszcze bardziej pewna: warto zaufać, wspierać, i dać dużo swobody, nie wchodzić na ich teren, nie marudzić, pytać: czy mogę w czymś pomóc; i niczego nie narzucać, nie komentować i nie oceniać wedle własnego widzimisię;

to niełatwe, ale po roku maturalnym z Oskarem wiem dużo więcej,

i dobrze,

to daje mi arsenał w postaci wiedzy na temat bycia mamą nastolatków


hmmm...

czy moje wakacje w planowanej wersji austriackiej wrócą ?

zobaczymy,

jest jeszcze kilka innych opcji, zostawiam je na za 2 tygodnie, na czas urlopu

13 lipca 2010

lipcowe leniuchowanie

.


Wakacje!
Co to oznacza?
Na dzień dobry 'Powitanie słońca', filiżanka gorącej ziołowej herbaty i kilkanaście minut z książką w ogrodzie, gospodarzenie w dwóch domach i dokarmianie stęsknionego kota o imieniu Pimpek, którego właściciele wygrzewają się w egipskim słońcu. Po pracy, 'po drodze do domu' zatrzymujemy się z kolegą-kierowcą w najlepszej lodziarni w mieście, w San Remo. Testujemy różne smaki i ścigamy się, kto ma większą porcję, a gałki tamże to prawdziwe gały. I jeszcze koc na 'suchej' trawie w ogrodzie, książka i błogi sen na powietrzu.
Upalne dni koncentrują zapał twórczy do cudownego zalegania i delektowania zapachów lata.

11 lipca 2010

melodia dnia

.



This Ain't Goodbye
You and I were friends from outer space
Afraid to let go
The only two who understood this place
And as far as we know
This ain't goodbye


Ps.
niedzielne poranki maja swój niepowtarzalny zapach, smak, melodię
to nie tylko piosenka Train, którą znalazłam na blogu Kay wśród jej wierszy i komentarzy czytelników, które mają energią tak uroczo przyciągającą, że uwielbiam tam zaglądać... kocham czuć uczucia lekkości, przyjemności i nieprzypadkowych spotkań

moje niedzielne poranki to przede wszystkim cisza osiedla i melodia lasu: słońce, które wstało przed chwilą i otula pierwszymi promieniami, śpiewy ptaków, szum drzew, a dziś wszelakie dźwięki szczególnie nabrzmiałe intensywnością i wysycone, albowiem zanim nadejdzie kolejny upalny dzień, kiedy w słońcu wszystko cichnie, to każde stworzenie chce wyczerpać okazję do zamanifestowania istnienia, ptactwo, muchy, komary, ważki, i koty sąsiadów też...

Pięknego pachnącego dnia życzę, bo w moim domu pachnie brioszkami z marcepanową niespodzianką w samym środeczku!

10 lipca 2010

w oknie bzzz

.

Siedzę w bujanym fotelu pod brzozami i widzę jak w oknie mojego pokoju przeglądają się kwitnące kasztany jadalne na tle drzew starego lasu i rozświetlonego słońcem błękitnego nieba. Pachnie migdałami, wanilią, a roje pszczół tworzą klimat bzyczącego zapracowania. Bzzzz.....

8 lipca 2010

popołudniową porą, w słońcu

.


Motyle mają dar jednego dnia. Ten bielinek fruwał wokół roślin już bardzo znużony, ale i nienasycony fruwaniem, bo niechętnie zatrzymywał sie gdziekolwiek. Więc cierpliwie obserwowałam go, żeby zatrzymać jego istnienie na fotografii, i udało się. Podarowane kilka sekund zatrzymania zamieniłam na kilka pstryków i jedno udane zdjęcie. Niezwykłe w jaki sposób wtula się w kwiatkowe płatki. Filigranowe skrzydełka... Zdumiewające i wzruszające, prawda?

Przy okazji, wyłowiłam spośród roju uwijających się wśród pachnących kwiatuszków jedną pszczółkę na dowód, że miody z naszej okolicy mają w sobie szczyptę nektaru lawendowego.


7 lipca 2010

w lipcowym ogrodzie

.

Wydawało się, że już nie ma co zakwitnąć...

Już już obgadywałyśmy z Lucyną roślinki do zasadzenia jesienią do kwitnienia lipcową porą, a tutaj dzieje się, kolorowo. Są kwiaty znajome, te, co kwitną jak co roku, i są nowe, olśniewająco piękne, wypatrzone podczas podróży i wymarzone, podarowane, zakorzenione, co zakwitły w bielusieńki sposób.
A poza tym... po za tym kwitną lipy i jadalne kasztany. Charakterystyczne aromaty otulają wczesnym rankiem i wieczorami.

6 lipca 2010

pada deszcz

.


Wewnętrzny budzik zaskoczył mnie. Otwieram oczy, a za oknem szaro. Przypomniałam sobie, że w ogrodzie stoi fotel z kocem, krzesła z pufami, wietrzy się wielki pluszowy misiek Kai. Niepokój wykopał mnie z łóżka - czyżby deszcz? Jednak nie... ani śladu.
No to leżę sobie i marzę porannie w moim wielkim łóżku i co słyszę? Szum... Lunęło z nieba obficie, wiec śmignęłam i pochowałam wszystko. Trawa mokra pod bosymi stopami - mniam!!! Ciepły deszcz na ramionach i we włosach - mniam!!! Cały świat roślin krzyczał radośnie, bo kilkudniowy upał zapowiadał ogrodowe spustoszenie.
Zwykle budzę się ok. 4.50, dziś o 4.10 (niecałe 5 godzin snu!). Fascynująca kooperacja intuicji, podświadomości i świata zewnętrznego.


1 lipca 2010

widok Mont Blanc

.


zanurzonego w promieniach wschodzącego słońca wrócił do mnie dziś ... właśnie o wschodzie słońca, a z nim wspomnienie wyprawy sprzed 4 lat. Powroty myśli do tamtych dni zainicjował sms Kai ze szczytu Aguille du Midi, gdzie dojechała najwyższą w Europie kolejką miesiąc temu podczas podróży po Europie. Zobaczyć z bliska Mont Blanc to było moje marzenie wymarzone podczas podróży rodzinnej, zaś rzeczywistość w ciągu kolejnych 8 lat przerosła je o całe niebo, kiedy to stałam na dachu Europy, pod błękitnym niebem i słońcem.



podróż...

wyprawa...

refleksja... i

opowieść:

bo cała sztuka bycia razem polega na byciu razem. W każdej sytuacji.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...